.

.

poniedziałek, 14 marca 2022

"Zazdrość Kocmołucha" Molier

 



"Zazdrość Kocmołucha" to krótka, jednoaktowa komedia Moliera. W sposób jawnie groteskowy przybliża nam perypetie tytułowego Kocmołucha, który popadł w konflikt ze swoją małżonką natury towarzysko-domowej. 

"Skąpiec" ani tym bardziej "Świętoszek" to, to nie jest. Wszakże zupełnie inna skala i zamiar twórcy, jednak w tym krótkim utworze znać przebłyski molierowskiego geniusza. 

Przedstawione scenki z życia rodzinnego są jednocześnie dalekie, jak i bliskie współczesnemu czytelnikowi, jednak w tym samym zakresie pozostają komiczne. 

Także dla fanów Moliera zdecydowanie godna uwagi pozycja. 

poniedziałek, 21 lutego 2022

"Kelner, płacić!"

 


Czeskiego kina nie da się nie lubić, a gdyby ktoś stwierdził inaczej miałabym do tej osoby podejrzliwy stosunek. 
"Kelner, płacić!" w reżyserii Ladislava Smoljiaka  w pewnym sensie oddaje stwierdzenie "Czeski film". Co prawda motywacje i poczynania głównego bohatera są dla nas jasne. Tak, gdy przychodzi mi do określenia gatunku tego filmu mam zagwozdkę, bo nie jest to ani dramat(Na pewno nie  w tradycyjnym jego rozumieniu), ani komedia. 
"Kelner, płacić!" pozostaje swobodnym miszmaszem sięgającym akurat po to co uzna dla siebie za użyteczne. 
Zresztą i sama opowiadana przez niego historia nie pozostawia innego wyboru. 
Głównym bohaterem jest 40 letni Dalibor, będący po dwóch rozwodach, żyjący w trzecim małżeństwie i mający w życiu niezliczoną liczbę kochanek. Wesoło mu jednak nie jest, bo jak to sam określił z każdego małżeństwa, wychodził spłukany, a na dodatek nad głową zawsze wisiało mu widmo alimentów. 
Tak, więc pomimo młodzieńczych ambicji, i jakby się zdawało predyspozycji Dalibor nie ma nic i na nic nie może odłożyć, bo ciągle brakuje mu pieniędzy. Zmęczony tym stanem rzeczy postanawia zacząć chodzić po praskich restauracjach, udawać kelnera i odbierać należności za rachunki klientów, po czym wraz z gotówką znikać. 
Plan całkowicie absurdalny, ale w końcu to czeski film. 
Jak się możecie już domyśleć film Smoljiaka to opowieść kryzysie wieku średniego, niespełnionych ambicjach, niezadowoleniu z życia, choć posiada się to co najważniejsze. 
Przy czym ostatecznie reżyser zarówno nas poucza, jak i pociesza, że niezależnie od wszystkiego lepiej wieść biedne, ale uczciwe życie, bo prowadzenie kombinacji na wzór Dalibora prowadzi nas w jedno miejsce wraz z bogaczami, którym do niedawna zazdrościliśmy. 

sobota, 15 stycznia 2022

"Dracula" (1992)

 


Miałam wobec tego filmu pewne, niezbyt wygórowane oczekiwania, z powodowane głównie tym, że twórcą soundtracku do Draculi był nie kto inny, jak Wojciech Kilar. 
I o ile nad samą muzyką w żadnym wypadku się nie zawiodłam, tak reszta filmu wprawiła mnie w niemałą konsternację. 
Konsternacja ta wynika przede wszystkim z tego, że mam problem z określeniem tego czy, nie potrafię dostrzec gdzieś artystycznego geniuszu tego filmu, czy też co jest znacznie bardziej prawdopodobne ten film jest arcykiczem. 
Poczynając od beznadziejnej scenografii i kostiumów. Zwłaszcza wiejącym na kilometr sztucznością rumuńskich krajobrazów, kostiumów angielskich pań czy też strojów rumuńskich Cyganów i miejscowej ludności. Żywcem wyjętej z bardzo durnowatych wyobrażeń Amerykanów. 
Byłabym jeszcze w stanie przymknąć na to oko, gdyby fabuła, jakkolwiek rekompensowała by mi   niedostatki strony wizualnej. 
Niestety o ile powieść Stokera bardzo lubię, tak ta ekranizacja czy też adaptacja to kolejny fantazyjny gwałt na oryginale, którego ostateczny rezultat jest taki, że film wypada znacznie gorzej przy książce. 
Z powieści grozy, która i dziś potrafi zachwycić klimatem dostaliśmy banalny romans odarty z jakiekolwiek wyjątkowości, i niesamowitości. 
Tak, więc dalej muszę szukać dobrej ekranizacji "Draculi".

niedziela, 12 grudnia 2021

"Poetyka" Arystoteles

 



Z tym, jakże epokowym dziełem antyku, będącego fundamentem współczesnej teorii i nauki o literaturze miałam przyjemność zapoznać się za sprawą studiów. Otóż na jedne zajęcia musiałam ten utwór przeczytać. I jak to bywa ze studenckimi lekturami, w zachwyt nad tym dziełem nie wpadłam. Zresztą przez samą jego naturę trudno w niego popaść. Jednakże muszę przyznać, że w znanych nam fragmentach Arystoteles rzeczywiście wykłada najbardziej podstawową wiedzę na temat tego, z czego składa się dobry utwór literacki i czym go od różnić od złej literatury. 
Choć z dzisiejszej perspektywy trudno ze wszystkimi tezami, jakie Arystoteles stawia się zgodzić, tak co do samego meritum nic się nie zmieniło. 
Dla osób pragnących zrozumieć z tej dziedziny coś więcej jest to dzieło po prostu obowiązkowe.
Pomijając, jednak te względy to osobiście muszę zaznaczyć, że mało kto, jak Arystoteles potrafił, choćby najprostsze zagadnienie tak zawile objaśnić, że do pełnego zrozumienia potrzebna jest druga czy też trzecia lektura 


czwartek, 9 grudnia 2021

"Cham niezbuntowany" Rafał Ziemkiewicz




 "Cham niezbuntowany" jest moim pierwszym zetknięciem z twórczością pana Ziemkiewicza i na starcie muszę zaznaczyć, że trudno mi się jednoznacznie wobec niej ustosunkować. 

Otóż z jednej strony jest to książka napisana bardzo sprawnie, którą się naprawdę szybko i przyjemnie czyta, mimo że to publicystyka, a nie powieść. Przy czym zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń i słusznych diagnoz względem obecnej Polski i jej tzw. elit. 

Z drugiej strony, jeśli ktoś w miarę na bieżąco śledzi publicystykę Ziemkiewicza, obserwuje go w mediach społecznościowych, to z tej książki niczego nowego się nie dowie. Stąd też moje pytanie, po co ona w ogóle powstała?

Do tego, co mnie jednak bardziej razi, jest częste odwoływanie się do historii przez Ziemkiewicza. Historykiem z wykształcenia nie jestem. Ale jestem po rozszerzonej maturze z historii, do której przygotowywała mnie wybitna nauczycielka z pasją, która poza suchą wiedzą zawsze starała się nauczyć uczniów wyciągania wniosków i dostrzegania ciągu przyczynowo-skutkowego oraz zrozumieniu, jak do historii, jako do nauki trzeba podchodzić. Trochę prac naukowych na różne tematy z historią związanych przeczytałam. Przez co, jakieś "wyobrażenie" i pojęcie w tej tematyce, wydaje mi się, że posiadam. 

Co za tym idzie ten strasznej długi segment historyczny w "Chamie niezbuntowanym", z którego zresztą wzięła się nazwa tej książki. Poczynając od takiej banalnej głupotki, jak Włochów na zamku w Malborku, przez te wszystkie tezy o chłopach niewolnikach, złej szlachcie, złej demokracji szlacheckiej, że 1RP upadła przez swoją wielokulturowość(Kiedy to elity tego kraju były od dwóch stuleci w pełni spolonizowane), przez nazywanie obecnej polityki znacznie silniejszych od nas krajów zachodu kolonizowaniem nas, po wyciąganie bardzo daleko idących wniosków na temat relacji chłopsko-szlacheckich i ich wpływów na naszą współczesną mentalność z jednego chłopskiego  pamiętnika.

Obawiam się, że  z punktu widzenia współczesnej histografii, żadna z tych tez jest nie do obrony. 

Tak, więc mam do tej pozycji dość mieszany stosunek. Nie wydaje mi się ona w żaden szczególny sposób wartościowa, zwłaszcza że Ziemkiewicz wszystko to, co tu napisał i tak już wielokrotnie wcześniej tłumaczył w różnych artykułach, tweetach czy filmikach na youtubie. 

niedziela, 5 grudnia 2021

"Północ i południe" Elisabeth Gaskell

 



"Północ i Południe" Elizabeth Gaskell zalicza się do pocztu angielskiej, XIX-wiecznej klasyki. I każda osoba, choć lekko obeznana z tego rodzaju literaturą nie będzie miała problemu z odgadnięciem finału, ani ogólnego wydźwięku całej książki. Jest to dzieło dla Anglików na wskroś swojskie, choć jakby się zdawało poruszające tematykę tak ważną dla swojej epoki, że powinna być dziełem bezprecedensowym i uniwersalnym. Jednak nim nie jestem.  

Porównajmy "Północ i Południe", chociażby z naszą rodzimą "Ziemią obiecaną". Tak, wiem, że oba utwory dzieli kilkadziesiąt lat, jednak orbitują na podobnej tematyce. To znaczy kontrastu między wymierającym światem rolniczo-wiejsko-szlacheckim, a coraz bardziej dominującym miejskim-przemysłowo-kapitalistycznym. Praktycznie to niebo i ziemia, w którym lepiej broni się Reymont. 

To porównanie dobrze także obrazuje, jak bardzo  wyspiarska literatura była zachowawcza względem kontynentalnej. Co poskutkowało, z tym że choć politycznie Anglia była imperium, kulturowo pozostawała w tyle względem reszty Europy. 

Pomijając już te moje zupełnie nieprofesjonalne literaturoznawcze wynurzenia, przejdę do samej powieści. 

Jakbyście się zastanawiali, na czym polega zachowawczość tej akurat powieści to przede wszystkim w braku twardych osądzeń, opinii i postaw. Z początku wydawało mi się, że główna bohaterka będzie taką Łęcką jawnie brzydzącą się i okazującą niechęć względem tego niearystokratycznego świata, z którym przyszło się je zetknąć. I z początku autorka, jakby taki jej obraz kreowało. Co oczywiście w dalszej części "Północy i Południa" musiałoby poskutkować albo jej nagłą i trudną przemianą, albo brutalnym światopoglądowym starciem ze swoim przeciwieństwem panem Thorntonem. Mały spoiler: Nic z tych rzeczy, Margaret ot, tak, łagodzi swoją pierwotną postawę i przechodzi do krytykowania swojego ukochanego Południa, jak i dostrzeganiu zalet przemysłowego miasta. Tym samym sprowadzając powieść Gaskell  do małego, bezpiecznego dramatu obyczajowego(Oczywiście bez żadnych zberezeństw, byleby nie urazić moralności czytelnika), w którym jakby się zdawało poza śmiercią, największym problemem jest to, żeby sąsiad nie pomyślał, że się źle prowadzisz. I ostatecznie "Północ i południe" kończy, jako banalny romans. 

I tak wiem, takie były czasy i angielskie realia, jednakże patrząc na to z dzisiejszej perspektywy czy nawet reszty europejskiej literatury z tego czasu, nie umiem nie patrzeć na to z lekkim politowaniem. 

Poza powyższym mogę jedynie dodać, że "Północ i południe" to po prostu niezła powieść, ale na pewno niegenialna. Fanom Austen zdecydowanie przypadnie do gustu. Podobnie, jak osobom chcącym zrobić sobie miły przerywnik między bardziej wymagającą literaturę, która jednocześnie nie będzie obrażać ich inteligencji. 

Z "Północą i Południem" Gaskell mam zasadniczo jeden poważny problem. Nie wiem, czy to jest wina tłumacza i redaktora(A raczej na pewno tym i brakiem tego drugiego) czy samej autorki, ale ta powieść stoi na beznadziejnie niskim poziomie językowym. Jest pełna kolokwializmów, mowy potocznej i zupełnie pozbawiona takiego charakterystycznego sznytu wyróżniających XIX-wieczną literaturę. Do tego ta książka ma ogromny problem z narracją. Normą jest w niej w przeskakiwaniu w połowie rozdziału, w połowie strony z perspektywy jednej bohaterki opiekującej się przykładowo swoją matką, do innej postaci, która siedzi w swojej fabryce i ma problem z pracownikami. To ma miejsce w zdaniu po zdaniu, pisanych ciągiem, że wielokrotnie miałam problem z połapaniem się czego  ta wypowiedź się tyczy i kogo. Nie mówiąc już o żadnej próbie wyłuszczenia dialogów z wewnętrznych monologów bohaterów. 

Nie wiem czyja to wina, ale zdecydowanie ten niski poziom językowy przełożył się na niższą ocenę tej książki w moich oczach. I na pewno będę chciała w przyszłości porównać to tłumaczenie z oryginałem. 

6/10 



wtorek, 30 listopada 2021

"Jezioro bodeńskie" Stanisław Dygat



 Lektura "Jeziora bodeńskiego" Dygata była dla mnie ciekawym przeżyciem. Z dwóch powodów. 

Po pierwsze ta króciutka powieść łączy w sobie w sumie trzy epoki. Przedwojenną, drugowojenną, jak i okres powojenny. Z czego z oczywistych względów fabularnych ten okres powojenny jest najmniej dostrzegalny. 

Drugim powodem jest lekkie moralizatorstwo autora wobec europejskich narodów, które z jednej strony wiele łączy, co powoduje wzajemną melancholię oraz sentymentalizm, a z drugiej wiele dzieli, co skutkuje nieustającymi wojnami oraz rywalizacją. Mogą, więc w sumie służyć za zobrazowanie toksycznej miłości.

Poza tym "Jezioro bodeńskie" to nawet ciekawe studium osobowości człowieka, który wewnętrznie czuje, że nie dorósł, jako taki, ani nie dał rady dotychczas wypełnić żadnej przypisanej mu roli, czy to jako mężczyzny, czy to jako żołnierza i patrioty.       Sprawia to, że nasz główny bezimienny bohater całe dnie, w obozie dla internowanych spędza przeważnie na snuciu czy to wspomnieć sprzed wojny, czy to rozważając swój stan. 

Jest to tym ciekawsze, że jednocześnie usilnie pragnąc wpisania się w sukcesywnie, w jakąś odgórnie mu przypisaną rolę, wszystkie swoje okazje, jakie przytrafiają mu się w obozie do tego. Świadomie i panicznie odrzuca, i przed nimi ucieka. Czyni to z "Jeziora bodeńskiego" opowieść o palącej potrzebie dorośnięcia, przy jednoczesnym patologicznym strachem przed nim.  

Ale jest to także opowieść o Polsce, o Polakach i zagranicy, tym mitycznym zachodem.  O tym jak nas postrzegają, i jak my sami się postrzegamy i co z tego wynika. 

Ogólnie rzecz mówiąc "Jezioro bodeńskie" to ciekawa książką, jednak mnie nie zachwyciła. Ma niepowtarzalnie smaczne fragmenty i urywki oraz ciekawe przesłanie, i kontekst, jednak czegoś tu zabrakło. 

Nadto mogę dodać, że pierwszym co rzuciło mi się przy czytaniu to idealna przedwojenna polszczyzna Dygata, który dla pewnych grup ludzi mogłaby by posłużyć za wzór, jak po polsku należy mówić. 


6/10