.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2021

"Bridgerton" - Urocza głupotka czy szkodliwy gniot?

 


Gdy o produkcji "Bridgerton" zaczęło szumieć w mediach społecznościowych, głównie za sprawą zwiastunu, postanowiłam, że nie będę tej produkcji oglądać. Powód zasadniczo był jeden, miałam bardzo złe przeczucia, że ten serial okaże się "polityczno poprawnym" kiczem. Jednakże, gdy szał na wielodzietną brytyjską rodzinę ze sfer wyższych przeminął, skusiłam się i w końcu ten serial obejrzałam. 
I cóż mogę rzec, na pewno to, że wbrew domysłom bardziej prawicowej części internetu Murzyni w rolach brytyjskiej arystokracji to najmniejszy problem tej serialu. 

Nie powiem sama na ten castingowy pomysł zareagowałam świętym oburzeniem. Jednakże w trakcie oglądania pierwszego odcinka ono wyparowało, bowiem twórcy w tamtym momencie starali się na każdym kroku ze wszech miar udowodnić, że jest to produkcja czysto rozrywka. Zahaczający mocno o telenowelę. I gdyby producenci pozostali tej koncepcji wierni przez następne siedem odcinków, to bym w ogóle nie miała obiekcji. Bowiem "Bridgerton" byliby wyłącznie uroczą głupotką dla nastolatków i spragnionych telenoweli w kostiumach dorosłych. Niestety  dla nas wszystkim netflix postanowił w tej produkcji być netfliksem pełną gębą. 

Co przez to rozumiem? Otóż  netflix z uroczej historyjki postanowił zrobić smutną bajkę o złym świecie, który sprowadza kobietę do małżeństwa i rodzenia dzieci. I to nie wszystko do tego mamy kilka cudownych scen, gdzie poda najsłynniejsze współczesne słowo bat - "privilige" .   
Na to można by jeszcze przymknąć oko. Netlfix jaki jest każdy widzi, ale jednak tego, że taką propagandówkę ubrał w kostiumy i akcję tego czegoś osadził w konkretnym miejscu i w konkretnym czasie, tworząc tym samym serial na poły historyczny odpuścić nie mogę. Bo to już jest szkodliwe.  Czuje już pod skórą, że aż za dużo osób sedno "Bridgertonów" potraktuje zbyt poważnie. 

Ale dobra to jest moje spostrzeżenie i mój problem. Nikt nie musi go podzielać. Tak, więc czy patrząc na "Bridgertonów" trochę bardziej obiektywnie czy to jest dobry serial? 
Nie będę nikogo trzymać w niepewności i od razu powiem, że nie. A czemu? Już tłumaczę. 

O ile przyznaje, że realizatorsko ten serial jest nawet. Tak fabularnie zupełnie nie gra. Otóż twórcy w swoim bajkopisarstwie zapomnieli o takim małym szczególiku, że nawet olewając kompletnie realia historyczne i wkładając współczesnych ludzi ze współczesnymi prądami myślowymi w szaty XIX wieczne. I kompletnie wypoczwarzając i odrealniając ich problemy, trzeba jednak  zachować pewną konsekwentność. 
Twórcy kreując świat "Bridgerotonów" zupełnie o tym zapomnieli. Przez co, jak na osiem odcinków nagromadziło się nam całkiem sporo niedorzeczności. 
Już w pierwszym odcinku mamy parę razy podkreślone i wyłuszczone, że panna nie może ani na moment zostać sam na sam z mężczyzną, bo zostanie okryta "hańba". I zaraz również w pierwszym odcinku wynika z tego powodu gigantyczna afera. A co się dzieje dalej? Co i rusz, jakaś panna zostaje we dwoje z jakimś chłopem i nic. Nikt się nawet nie zająknie, że to niewłaściwe. 
Co więcej, co już mnie kompletnie rozbawiło, pomimo tak by się zdawało panującej surowej obyczajności, jakoś nie dotyka ona tego, że młode panienki chodzą sobie po mieście same, nawet bez towarzystwa służby. Co więcej na luzie wychodzą sobie w nocy z domu i urządzają plotki z koleżankami.
Rzeczą, która mnie jednak jeszcze bardziej rozśmieszyła, jest brak jakieśkolwiek spójności w kreacji pozycji kobiet  w społeczeństwie. Otóż na każdym kroku mamy podkreślane, jak to tym kobietom jest źle i niedobrze. Jak nic nie znaczą. I to tak nic nie znaczy, że generał może tak zlać prośbę wysoko podstawionej księżnej, bo nie podpisał się pod nią książę. Jednocześnie zupełnie bez wyjaśnień serwują nam całe stado "kobiet wyzwolonych", które jakoś w tym świecie bez męża i dzieci istnieją i całkiem dobrze sobie radzą, a nawet dużo znaczą. 
Co więcej główna bohaterka co i rusz serwuje nam tekst, o tym,  że całe życie była przygotowywana do roli  żony, że nic nie umie poza tym, że to jej wykształcenie to maniery, gra na pianinie itp. Z drugiej strony jej młodsza siostra i koleżaneczka ciągle siedzą w nosie z książką, bo się uczą lub dokształcają. Stąd moje pytanie. Czy w takim razie w świecie Bridgertonów kobiety odbierają normalną edukację czy jakoś podstawową przystosowującą do wyznaczonym im ról?
 Gdzie tu sens? 
Nie ma. Tak, więc "Bridgertonowie" otrzymują ode mnie cztery gwiazdki na dziesięć, z czego jedną tylko i wyłącznie za ładną buzię i urocze bokobrody Jonathana Baileya(Wróżę mu w przyszłości spory sukces w zawodzie aktora, podobnie jak Claudie Jessie).




sobota, 9 stycznia 2021

"Marsylia" - czyżby francuskie House of Cards?

 



Przegrzebując netfliksa w poszukiwaniu francuskich produkcji na trafiłam na ten o to serial. Usiadłam do niego z pewnym optymizmem, bo wcześniej obejrzałam inny francuski serial, a mianowicie "Bardzo tajne służby", którymi byłam wprost zachwycona. 
"Marsylia" to produkcja opowiadająca o merze Marsylii(Granym przez Depardieu), który tuż przed wyborami wchodzi w konflikt ze swoim zastępcą, który zostaje jego głównym konkurentem o stołek w marsylskim urzędzie.
Po opisie wydawało mi się, że będzie to serial ala "House of Cards". Skupiający się na polityce, władzy, intrygach, ewentualnie na tytułowej Marsylii. Niestety twórcy tej produkcji  z nie znanych mi powodów uznali, że samo "House of Cards" w wersji francuskiej nie wystarczy, więc musimy do tego netfliskowatego kociołka dorzucić  "Modę na sukces" i "50 twarzy Greya". 
O ile w pierwszym odcinku tego nie widać, tak w kolejnych po ciekawej scenie związanej z stricte z polityką i Marsylią dostajemy ujęcie z teen dramy córeczki pana mera, która ma bogate życie towarzyskie. Czasami do modo-sukcesowej narracji włącza się żona pana mera, które jak na moje oko jest bardzo słaba psychicznie i podatna na różne używki. 
Do tego obowiązkowo w każdym odcinku mamy po kilka tekstów o "dymaniu się" i "wydymywaniu innych" oraz 1-2 czasami chyba nawet 4 krótkie i nikomu niepotrzebne do szczęścia sceny seksu. Wyjątkowo obrzydliwe, tak na marginesie. 
To są niewątpliwe wady "Marsylii", a do zalet, cóż muszę  zaliczyć piękne zdjęcia, zwłaszcza ujęcia miasta, po których aż chce się do Marsylii jechać. No bo, kto by nie chciał zobaczyć miasta, gdzie nawet blokowiska wydają się ładne?
Oprócz tego na plus muszę zaliczyć  całkiem niezłą grę aktorską. Szczególnie wyróżniają się główne postacie męskie grane przez Depardieu i Magimela. 
I muzykę, choć mnie osobiście wybór piosenki przewodniej trochę rozśmieszył. Jest to  bowiem utwór "Ya Sidi", będący niezłą, typową bliskowschodnią melodią.  Bawi mnie to, bowiem w kontekście politycznych przepychankę między głównymi bohaterami i ich monologami, że oni nie dadzą temu drugiemu wprowadzić swoich głupich pomysłów i zniszczyć miasta, ta piosenka jawi się jako znak,  że Marsylia niezależnie od przepychanek polityków przyszłość ma już tylko jedną. 
I z takich rzeczy, które mnie rozbawiły warto jeszcze wymienić wątek znajomego córki pana mera, który jest jedynym rodowitym, młodym Francuzem, który wybija się, jakoś na plan pierwszy. I o tym bohaterze granym przez aktora będącego ładniejszą wersją Adama Zdrójkowskiego, można powiedzieć, tyle że jest postacią tragiczną. Wszyscy potomkowie imigrantów na osiedlu go bez przerwy biją, a on nie za bardzo potrafi się bronić, nic mu nie wychodzi w życiu, a dziewczyna w której się podkochuje(Również rodowita Francuzka) dwa razy zlewa go dla dwóch różnych Arabów😑 Na koniec z tego wszystkiego  wariuje.  
Jednakże "Marsylia", nie tylko mnie zaciekawiła, zniesmaczyła i rozbawiła, ale i zasmuciła. Albowiem nie wiem czy to po prostu twórcy tej produkcji mają, aż tak wysokie mniemanie o swojej klasie politycznej, czy to po prostu we Francji jest normalne. Ale my oglądając ten serial jesteśmy świadkami starcia różnych polityków, którzy wcale nie walczą o stołki(Znaczy też, ale to jest mniej istotne), a o to jakie pomysły i wizja Marsylii zostanie zrealizowana. Otwarty konflikt dwójki głównych bohaterów zaczyna się od odmiennego zdania na temat przyszłości portu. Jeden uważa, że należy go zmodernizować, powiększyć i zrobić gigantyczne kasyno, aby przyciągnąć do miasta turystów i inwestorów, a drugi uważa, że miasto wcale na tym nie skorzysta, a jedynie straci swój oryginalny charakter i ściągnie sobie mafię na głowę.  I na tym aspekcie opiera się kilka odcinków. Oczywiście później dochodzą do tego inne różnice w pomyśle na "Marsylię", zresztą od chyba połowy pierwszego sezonu, dochodzą nam inni polityczni konkurenci z tzw. "skrajnej prawicy". Ale i tu konflikt między bohaterami, opiera się na odmiennych zdaniach na temat tego co miastu i jego mieszkańcom jest potrzebne. 
I ten wątek zasmucił mnie , bo wątpię, żeby przełożenie takiego zamysłu na warunki polskie miało rację bytu. 
Muszę, jeszcze dodać, że w pierwszym sezonie twórcy starali się być obiektywni i poakzywać, że każa strona sporu światopoglądowego ma swoją rację, argumenty oraz wady. Niestety w drugim tzw. skrajną prawicę oskarżono o wszystkie nieszczęścia, nie licząc chyba tylko gradobicia. Zostało tot jeszcze zrobione w tak toporny sposób, że aż obniżyło w moich oczach ocenę tego serialu o jedną gwiazdkę.

Podsumowując "Marsylia" jest z serialem z grupy "Można obejrzeć, ale nie za bardzo po co" . 

4/10

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Tajemnice Mosadu

 



O istnieniu tego dokumentu, dowiedziałam się dzięki Łukaszowi  z KIKŚ. Łukasz polecił ten dokument na swoim twitterze, à propos ostatniego zabójstwa jednego z ojców irańskiej broni atomowej, o który podejrzany jest Izrael.  
Tajemnice Mosadu formą przypomina każdy netfliskowy dokument(Zabrzmiało, jakbym obejrzała ich bardzo dużo. W rzeczywistości poza Mosadem oglądałam, tylko Iwana Groźnego z Treblinki). 
Wypowiedzi różne maści ludzi, tu głównie byłych lub nawet obecnych członków Mosadu, są poprzetykane fragmentami różnych nagrań. Mniej lub bardziej powiązanych z tym co akurat mówią zaproszeni goście. 
Oczywiście, jak można się domyśleć wielkich tajemnic Mosadu z tego dokumentu  nie poznamy. Zresztą sami twórcy nie próbowali ich poznać, arbitrując przy bezpiecznych tematach, jak celowość zabójstw, szkolenie agentów i sposobów ich wybierania, o wizerunku Mosadu, o kobietach-agentach itp. 
Raz tylko poruszono temat jednego głośnego morderstwa, o które oskarżono Mosad, a których sprawców pomimo wielu nagrań z kamer nie schwytano. Wiele się jednak nie dowiedzieliśmy, bo wicedyrektor Mosadu na pytanie o to, odparł z uśmieszkiem, że Izrael się do tego nie przyznał. Tematu nie kontynuowano. 
Czy to jednak oznacza, że ten czteroodcinkowy dokument jest nudny, nic ciekawego nie można się z niego dowiedzieć  i w ogóle nie warto go oglądać, bo to tylko jakaś dziwaczna próba ocieplania wizerunku Mosadu? 
Tak i nie. Jak wspomniałam wcześniej żadnej wielkiej tajemnicy nie poznamy, ale za to mamy rzadką okazję zobaczyć  ludzi, którzy na co dzień zajmują się pracą,której daleko do normalnej. I posłuchać, jak ze spokojem opowiadają o popełnionych zabójstwach i wrzucaniu zwłok do oceanu. 
Możemy poznać szczegóły niektórych z wykonywanych przez nich misji lub werbowania nowych informatorów, a także dowiedzieć się, jak od strony Mosadu postrzega się Masakrę w Monachium, poznać uczestnika porwania Eichmanna oraz dowiedzieć się, że Mosad nie uciekał od współpracy z wysoko postawionymi nazistami. 
Zasadniczo, więc warto obejrzeć Tajemnice Mosadu, ale ta produkcja nie należy do tych, które trzeba zobaczyć. 

7/10

sobota, 8 sierpnia 2020

"Bardzo tajne służby" - czołówka netfliksowych seriali

 Bardzo tajne służby (Serial TV 2015-2017) - Filmweb


Na "Bardzo tajne służby" natknęłam się przypadkiem. Szukając na Netfliksie francuskich produkcji znalazłam polecenie tego oto serialu.  "Bardzo tajne służby" są jakby połączeniem filmów o Jamesie Bondzie  z filmami, w których grał Louis de Funes i żartami o Stirlitzu i to w realiach francuskich. W konsekwencji otrzymuje naprawdę ciekawy komediowy serial, satyrycznie obrazujący francuski wywiad z początku lat 60. 

Mój zachwyt zacznę wyrażać od podstawy każdego serialu i filmu, jakim niewątpliwie jest aktorstwo.    Dawno już nie oglądałam współczesnego serialu, w którym każdy aktor gra na tak wysokim poziomie, jak to jest w przypadku "Bardzo tajnych służb". Niezależnie od tego, czy to rola pierwszoplanowa, czy trzecioplanowa, czy to aktor młody, czy już w wieku średnim lub bardzo dojrzały nie znajdziemy w tym serialu słabej gry aktorskiej. Każda z postaci jest zagrana w bardzo charakterystyczny i zapadający w pamięć sposób. Jestem święcie przekonana, że nawet za rok będę dokładnie pamiętać lekko oderwaną od rzeczywistości postać Calota czy też przerysowaną postać Marie-Jo. Na szczególne wyróżnienie zasługuje, jednak Karim Barras, który zagrał postać, którą najbardziej polubiłam.

Rzeczą jednak najważniejszą w serialu komediowym jest humor. W "Bardzo tajnych służbach"  nie znajdziemy rynsztokowych dowcipów i niby-zabawnej wulgarności. Twórcy postawili na inteligentne, ale odnoszę wrażenie lekko hermetyczne poczucie humoru. Ja się nad serialem do rozpuku nie śmiałam, nie stanowi to jednak dla mnie dużej wagi. Ta produkcja  i tak ma wystarczająco komediowy wydźwięk. Inną kwestią jest to, ile żartobliwości straciły dialogi w tłumaczeniu, bo z takim zarzutem się spotkałam.                                                                                                                                                      Pod koniec drugiego sezonu odczułam lekkie zmęczenie ponownym drwieniem z francuskiej biurokracji, ale było to krótkochwilowe.

Zabawnie, ale i błyskotliwie twórcy rozegrali najważniejsze wydarzenia polityczne tamtejszych lat. I tu zdradzę, że według twórców wybudowanie muru dzielącego Berlin, było odpowiedzią ZSRR na poukładanie butów parami w pewnym moskiewskim sklepie;)

Zasiadając do oglądania "Bardzo tajnych służb" spodziewałam się serialu a la "Przyjaciele". Przewidywania, a rzeczywistość znacząco się rozjechały. Francuska produkcja powoli, ale jednak wciąga nas w wątek główny, który w pierwszym sezonie nieśmiało się rysuje, po czym w  drugim stanowi, główną oś fabularną. Tym samym w drugim sezonie mamy znacznie mniej do czynienia z dusznym biurowym życiem i perypetiami pobocznych postaci. Przy czym ani na moment nie miałam uczucia niedosytu lub nadmiaru,  któregoś z wątków. Oba sezony "Bardzo tajnych służb" są dobrze napisane. Napięcie i humor jest dobrze stopniowany, a kolejne karty głównej historii są powoli odkrywane przed widzami. Twórcy nie oszczędzają nam również zgrabnych plot twistów, dodających całemu serialowi polotu i płynności.

Do tego ku mojej wewnętrznej satysfakcji twórcy oszczędzili nam zbędnej golizny i dosłownych scen erotycznych, co  ostatnimi czasy się już nie zdarza.                                                                                    Do miłych zaskoczeń zaliczam również bardzo pozytywną postać katolickiego księdza. Co zgadza się z tym, co kiedyś podczas audycji w radiowej Jedynce powiedziała pani Beata Geppert, że jeśli we francuskim kinie lub literaturze pojawia się postać duchownego, to zawsze jest przedstawiana w sposób pozytywny, odwrotnie jak u nas.                                                                                                                           

Ogromną zaletą "Bardzo tajnych służb" jest brak typowo netfliksowych wtrętów. Oczywiście mamy wątek gejowski, ale jest na tyle maciupeńki i na tyle dobrze zrealizowany, że po prostu nie mogę się do niego w żaden sposób przyczepić.

Po tak długim słodzeniu muszę wylać trochę goryczy, bo w "Bardzo tajnych służbach", nie zagrała mi jedna mała rzecz, a kolejna mnie zirytowała.                                                                                               Pierwszą z tych rzeczy jest rozwój postaci pułkownika, która pod koniec drugiego sezonu zrobiła się już zbyt karykaturalna i wymuszona. Z drugiej strony muszę, jednak przyznać, że nie odbiera to zbyt wiele przyjemności podczas oglądania.                                                                                                      Drugą kwestią są damskie kostiumy i charakteryzacja. "Bardzo tajne służby" zaczynają się w roku 1960, a kończą w 1961. Mamy, więc dopiero początki lat 60, a tu wszystkie damskie postacie popylają na co dzień we fryzurach i stylizacjach charakterystycznych dla tej dekady. Moda tak nie działa. Trendy wchodzą wolniej i się przenikają. Na początku lat 60 nadal naturalnym strojem pozostawała mocno rozkloszowana spódnica z halką pod spodem i romantyczne loki na głowie. Mnie to na początku irytowało, ale dla osób, które nigdy nie interesowały się modą, pozostaje to bez znaczenia.

Podsumowując oglądajcie! "Bardzo tajne służby" należą do czołówki seriali, jakie znajdziecie na Netfliksie. 


czwartek, 16 lipca 2020

Mesjasz - Dobry serial czy kolejny netfliksowy przeciętniak?

Kontrowersyjny serial od Netflixa - Mesjasz [recenzja] - nadrabiam.pl

Mesjasz to serial próbujący opowiedzieć nam historię o współczesnym Mesjaszu, który zjawia się znikąd i zaczyna nauczać ludzi. Dzisiejszy Mesjasz miałby znacznie trudniej niż Chrystus ponad 2 tysiące lat temu. Musi liczyć się z wszechobecnymi kamerami, smartfonami i agentami wywiadów gotowych, znaleźć na niego każdy możliwy hak, byleby go zdyskredytować w oczach ludzi.
Sam pomysł jest ciekawy, ale od już na samego początku, kiedy dowiedziałam się o powstawaniu tej produkcji, miałam duże wątpliwości. Cóż Netfliks to platforma o bardzo lewicowym światopoglądzie, więc nietrudno było o to, żeby z Mesjasza wyszła toporna antyreligijna propaganda. Na szczęście udało się tego uniknąć. 
Serial Mesjasz jest bardzo dobrze zrealizowany, a sam scenariusz świetnie skonstruowany i mający w zanadrzu sporo plot twistów. Twórcom skutecznie udaje utrzymać się napięcie przez całe dziesięć odcinków i ani razu nie zaszczycają nas łopatologiczną wstawką, wyjaśniająca nam co się dzieje, komu mamy kibicować, ani co myśleć.
Bohaterzy na pierwszy rzut oka są dobrze wykreowani, mają pogłębiony rys psychologiczny, ale problem z nimi jest taki, że na przestrzeni tych dziesięciu odcinków prawie w ogóle się nie rozwijają. Cały czas robią to i mówią to, co możemy przewidzieć już po obejrzeniu pierwszego odcinka.
Mimo tego muszę przyznać, że twórcom udało się skompletować cały zastęp ciekawych aktorów, poczynając od głównej roli Mesjasza po trzecioplanową rolę ojca głównej bohaterki. Żal mi trochę, że nie dostali do zagrania bardziej rozbudowanych i trudniejszych ról.
Rzeczą, która najbardziej spodobała mi się w tym serialu jest zakończenie, które zostawia nas z jednym wielkim znakiem zapytania. Scenarzystom udało się idealnie zrównoważyć różne wątki, przez co nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić czy Mesjasz jest Mesjaszem, czy zwykły oszustem. Z tego powodu bardzo żałuje, że nie powstanie drugi sezon, który najpewniej wyjaśniłby nam sporo rzeczy. 
Mesjasz nie jest jednak serialem pozbawionym wad. Jego głównym minusem jest to, że jest to taki serial-wydmuszka, który niby porusza ważny i ciekawy temat, jest dobrze zrealizowany, ale wewnętrznie jest pustym. Twórcy nie próbowali wpleść w fabułę żadnej wielkiej myśli ani skłonić widza do pogłębionej refleksji na jakiś temat. Czyni to ten Mesjasza kolejnym rozrywkowym serialem do obiadu. Ponownie szkoda, bo taki temat zasługiwał na coś znacznie lepszego. 
Mimo tego byłabym skłonna dać temu serialowi 7/10, ale jak to zwykle u Netfliksa nie obyło się bez paru topornych, nic nie wnoszących do fabuły scenek, które muszą się pojawić, bo ot Netfliks.
Mamy w tym serialu scenę znikąd, kiedy nasz Mesjasz pyta się siedzących z nimi muzułmanów "Dlaczego nie ma tu żadnych kobiet?" na co jeden z towarzyszy prycha, na co nasz Mesjasz wstaje, kopie go i mówi mu, że ma na swoje miejsce znaleźć jakąś kobietę. 😶 Po, co była ta scena i na co nie wiem, jak ktoś wie, to niech mi wyjaśni.
Parę odcinków później, kiedy nasz bohater ewakuuje się do USA, Netfliks serwuje nam bardzo poważną tyradę o tym, jak to biali, starzy uprzywilejowani mężczyźni(Fuj!) śmią nie zgadzać się i o zgrozo, aktywnie przeciwdziałać biednym, młodym, ciemnoskórym mężczyznom, którzy nielegalnie przekraczają granicę. Pamiętaj biały uprzywilejowany mężczyzno pewnego dnia, to nie ty będziesz uprzywilejowany. 
Po kolejnych paru odcinkach główna bohaterka raczy nas znikąd takim o to  tekstem "Kim był Chrystus? Populistą, który nie lubił Rzymian". 
Więcej głupotek chyba nie było. Netfliks wyjątkowo się wstrzymywał w tym serialu, co nie zmienia jednak tego, że muszę Mesjaszowi odjąć jedną gwiazdkę. Właśnie ze względu na te powyższe głupotki.
Podsumowując, Mesjasza warto jest obejrzeć. Jest to na pewno jedna z lepszych netfliksowych produkcji.

wtorek, 8 sierpnia 2017

8 powodów dla, których warto obejrzeć Stranger things

\Znalezione obrazy dla zapytania stranger things

Do obejrzenia Stranger things zabierałam się już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie mogłam znaleźć dla niego czasu. Nareszcie, po długim zwlekaniu wczoraj wieczorem zaczęłam oglądać tę produkcję i nie żałuje. 

Fabuła stranger things kręci się wokół próby znalezienia Willa Byersa, który zaginął w dziwnych okolicznościach, a po jego zniknięciu w miasteczku Hawkins zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

Wiem, że opis nie brzmi zachęcająco, ale naprawdę trudno jest opowiedzieć, o czym jest ten serial, nie uraczając Was masą spoilerów. 
Argumenty, dlaczego warto, jest obejrzeć ten serial znajdziecie na dole.

Znalezione obrazy dla zapytania stranger things


1. Klimat 

Atmosfera, która wypływa z tego serialu to klimat, którym była przesiąknięta popkultura lat 80. Czyli wtedy, gdy czytało się książki Stephena Kinga i oglądało filmy  Spielberga. 

Specyficzny, powiewający grozą, z którym nie wypada się nie zapoznać. 

2. Groza 

W wielu momentach tego serialu można się porządnie wystraszyć, ponieważ jest to ta produkcja, w  której głupie mrugające światło bardziej Cię przerazi niż widok potwora. 


Znalezione obrazy dla zapytania stranger things

3. Idealna ścieżka dźwiękowa 

Jest to jeden z najbardziej klimatycznych i pasujących do fabuły soundtracków, z jakim miałam przyjemność się zapoznać. 
Muzyka jest dla mnie bardzo podobna do tej, jaka była w Archiwum x, tylko bardziej uwspółcześnionej. 

4. Zachwyca pod względem wizualnym

Jak już wyżej napisałam, Stranger things jest utrzymany w konwencji lat 80. Wizualizacja też jest utrzymana w tej atmosferze. Jest piękna, mroczna i przypomina dobre horrory z tamtego okresu. 

Podobny obraz


5. Wciągający 

Stranger things to serial, w który nie da się nie zaangażować. Mamy sporo wątków z pogranicza różnych gatunków, niebanalnych bohaterów oraz porządnie rozłożoną akcje, która przyśpiesza, kiedy trzeba i zwalnia też, kiedy trzeba. 

6. Świetni aktorzy 

Nie od dziś wiadomo, że branie do obsady filmów, czy seriali nastolatków i dzieci może przynieść skrajne efekty. 
Większość nastolatków i dzieci   nie potrafi grać, więc opieranie fabuły na grupce dwunastoletnich nerdów jest bardzo ryzykowne. Naprawdę nie wiem, z skąd bracia Duffer wytrzasnęli obsadę, ale jest to miejsce pełne talentów. Aktorzy grający 4 głównych bohaterów są naturalni, uroczy, przed kamerą występują jakby, przez całe życie nie robili nic innego. Te dzieciaki z skradły cały serial i przyćmiły starsze postacie. 

Znalezione obrazy dla zapytania stranger things

7. Każdy znajdzie tu coś dla siebie 

Stranger things trudno jest jednoznacznie skategoryzować. Jest to serial na pograniczu horrorów, science-fiction z elementami kryminału i wątków obyczajowych. 
Ta produkcja może się spodobać osobom urodzonych w latach 80 oraz wcześniej, albo też osobom takich jak ja, czyli urodzonych już w nowym stuleciu. 

8.  Stranger things listem miłosnym do lat 80

Twórcy Stranger things określi go mianem listu miłosnego do lat 80 i nie wiem jak Was, ale mi to wystarczyło, żeby po niego sięgnąć. 


Znalezione obrazy dla zapytania stranger things