.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 listopada 2017

"Królewska klatka"



Autor: Victoria Aveyard 

Liczba stron: 560

Liczba stron: 29 


Cytat: "Nadzieja w sytuacji, gdy nie ma na nią miejsca, jest okrucieństwem." 

Ocena: 9/10 


Fabuła: Mare jest pilnie strzeżonym więźniem zdanym na łaskę i niełaskę Mavena. Dręczą ją wspomnienia własnych błędów, a działanie Cichego Kamienia pozbawia ją mocy. Buntowniczka staje się dziewczyną bez błyskawic. Jednak i Maven otoczony jest wrogami. Z trudem utrzymuje kontrolę nad krajem oraz swoim więźniem. Mare czuje, że mimo nienawiści, którą żywi do Mavena, jest on prawdopodobnie jej jedyną szansą na przeżycie, zwłaszcza że Evangeline dąży do jak najszybszej egzekucji Czerwonej Królowej. Tymczasem Nowi i Czerwoni przygotowują się do wojny, bo nie chcą już dłużej pozostawać w ukryciu. Jest z nimi książę Cal, którego nic nie powstrzyma przed ratowaniem Mare.

"Królewska klatka" wciągnęła mnie najbardziej z dotychczasowo wydanych tomów tej serii. Wiem, że wydaje się to trochę dziwne, ponieważ w tej części jest znacznie mniej akcji niż np. w "Szklanym mieczu", ale ja bardzo lubię, gdy książka jest poprowadzona  nużącą narracją. 

W recenzji "Szklanego miecza" narzekałam na bezosobowość tej książki. W "Królewskiej klatce" sytuacja się zmieniła. "Królewska klatka" jest powieścią z silnym kręgosłupem, której każda strona jest świetnie wyważona, pod prawie każdym względem. Liczę na to, że Victorii Aveyard uda utrzymać się ten klimat w finałowym tomie. 

"Królewska klatka" jest prowadzona z trzech perspektyw. Mare, Evangaline i Cameron.  Głównie uwagę skupiamy na Mare, ale wątki pozostałych dwóch dziewczyn nie zostały, w żaden sposób potraktowane po macoszemu. Oba są równie ciekawe i dopieszczone w szczegółach, co motyw przewodni. 

Autorka poza dziewczynami świetnie rozpisała wątki innych pobocznych postaci takich jak np. Cal. 

Jestem zachwycona sposobem, w jaki Victoria Aveyard poprowadziła dworskie i polityczne intrygi. Nawet przez moment nie miał wrażenie, że coś tu nie gra. Wszystko ma sens i jest cholernie dobre:) 

Jestem pełna podziwu co do tego, w jaki sposób autorka opisała sceny bitew, które są epickie w każdym calu. Przemyślane, ale nie pozostawione,  bez tego bitewnego szału. Co prawda do Martina jest jeszcze daleko, ale liczę na to, że w kolejnych jej książkach bitwy będą jeszcze lepsze. 

Najbardziej, jednak na pochwałę zasługuje zakończenie. Zakończenie, przez które z pięć minut siedziałam z otwartymi ustami. Pierwsze zakończenie w tej serii, które rzeczywiście mnie zaskoczyło. To, co się tam na końcu okazało, pozbawiło mnie racjonalnego myślenia na kilka godzin, a na kolejne kilka dni odebrało mi chęć na cokolwiek poza pragnieniem przeczytania finałowego tomu.

"Królewska klatka"  bardzo mi się podobała, ale nie mogę nie wspomnieć o tym, że było mi tu wszystkiego za mało. Za mało Mavena, za mało intryg, i co najważniejsze było za mało jednej pobocznej postaci, o której za chwilę wam opowiem. Ogólnie ta książka pozostawiła we mnie ogromny niedosyt i  nie wiem naprawdę, jak ja wytrzymam do premiery "Warm storm". 


1,75/2 

Postacie: Mare po raz pierwszy mnie nie denerwowała. Co jest najprawdziwszym sukcesem. Przeszła ogromną przemianę. Nie jest już zarozumialską dziewczynką,  która wszystkim wytyka, że  są od niej gorsi, a tylko w miarę normalną, ogarniętą i charakterną postacią, którą można polubić. 

Evangaline też przestała mnie denerwować. Drugi sukces. Srebrna okazała się postacią skomplikowaną, zdecydowanie nie nudną. Jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy. 

Cameron jest Cameron i nie wiem co, mogę tu dodać, nie spoilerując. Nadal jest twarda i nadal lekceważy otoczenie. Brawa dla niej. 

Niejednokrotnie wspominałam, że z braci Calore moim ulubieńcem i jedynym wybrankiem jest Maven. Nie zmieniło się to, a jedynie przerodziło w nienormalną fascynację. Maven jest jak Darkling. Szuja, ale nie da się go nie lubić. 
To, co on mówił i robił podczas trwania, tej historii jest tak świetne, że nie da się tego ująć w słowach. To trzeba przeczytać. 

Tekst na czerwono to spoiler, więc jeśli ktoś nie czytał "Królewskiej klatki" to lepiej będzie, jeśli tego fragmentu nie przeczyta. 

Czy tylko ja uważam, że autorka strzeliła w sobie w stopę, uśmiercając Samsona Merandusa? Samson był postacią pełną potencjału, która prawie w ogóle nie została rozwinięta. 
W tym było go trochę więcej niż w dwóch poprzednich, ale mógł stać się genialnym antagonistą, gdyby Victoria Aveyard nie zabiła go w tak debilny sposób. 

1,75/2 



Styl pisania: Victoria Aveyard posługuje się prostym i przyjemnym językiem. Świetnie radzi sobie z budowaniem napięcia oraz z wszelkimi opisami. 

2/2 

Oprawa wizualna: Okładka jak zwykle piękna, tylko szkoda, że wydawnictwo nie zrobiło jej ciemniejszej. 

1,75/2 



Podsumowanie:  Uwielbiam tę książkę mimo drobnych mankamentów. Jest to moja ulubiona część i polecam ją z całego serca:) 

1,75/2 

piątek, 1 września 2017

"Wiatrodziej"



Autor: Susan Dennard 

Liczba stron: 400

Liczba rozdziałów: 41 


Cytat: Zawsze znajdowali się ludzie, którym się wydawało, że wiedzą lepiej niż ci, którzy zaszli tu przed nimi.

Ocena: 9,75/10



Fabuła: Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć. Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?

Jeśli ktoś czytał moją recenzję "Prawdodziejki"  wie, że byłam (i nadal jestem) nią zachwycona. Lektura "Wiatrodzieja" utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Susan Dennad jest moją nową ulubioną pisarką. 

Jeśli wydawało się wam, że pierwsza część była pełna akcji, to jesteście  w błędzie. W "Wiatrodzieju" nie ma chwili na wytchnienie. Jesteśmy przerzucani między Iseult, Safi, Merika czy Aeduana, którzy co rusz przeżywają nowe przygody, albo dowiadują się naprawdę ciekawych rzeczy. Akcja pędzi na łeb na szyję, co jest jednocześnie atutem i wadą, ale tylko taką małą, ponieważ z dwa razy zdarzyło mi się nie nadgonić za akcją. Mi w sumie bardzo to nie przeszkadza, ale ktoś może mieć z tym większy problem. 

Bardzo podoba mi się, sposób przedstawianie magii w tej książce. Mimo że nie jest ono jakoś wybitnie odkrywcze to i tak uważam, że Susan Dennard zdecydowanie dobrze sobie poradziła z tym zagadnieniem. Poza tym mam takie odczucia, że właśnie ten system magii idealnie komponuje się z uniwersum Czaroziemie.

"Prawdodziejka" i "Wiatrodziej" są bardzo oryginalnymi książkami. I pod względem akcji, świata, ale też pod względem  kreacji bohaterów, ponieważ w większości młodzieżówek powtarzają się te same schematy. 

"Wiatrodziej" jest niezwykle pasjonującą powieścią. Już od pierwszych stron nie można się od niej oderwać. Jest to z jednej strony świetna rozrywka, a z drugiej książka, przy której trzeba się skupić i zastanowić.

Wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam powieści wielowątkowe. Druga serii Czaroziemie pod tym względem wyśmienicie spełnia moje oczekiwania. Chmara interesujących wątków, z których składa się ta książką, stwarzają niesamowite wrażenie podczas czytania. 

Jak już jesteśmy przy wątkach, muszę nadmienić, że nadzwyczajnie podoba mi się, sposób, w jaki autorka poprowadziła wątek polityczny, który stanowi trzon całej serii. 

Spodobał mi się też maniera, jaką Susan Dennard kieruje wątkami pobocznymi. Autorka wie, w jakich ilościach dany wątek nam pokazać, żebyśmy  się nie zanudzili. 

Bardzo cenię sobie klimat, jaki Susan wypracowała w tych dwóch tomach. Jest on specyficzny i niezwykle urokliwy. Idealnie wpasowuje się w to uniwersum. 

2/2



Postacie: Safi nadal  lubię. Jest twardą, bezkompromisową osobą, która wie, czego chce, nie użala się nad sobą tylko działa. Dla swoich najbliższych jest gotowa wiele poświęcić w tym i siebie. 

Iseult nadal jest moją ulubienicą. Ta postać jest mi bliska, ponieważ Iseult jest w pewnym stopniu do mnie podobna. Ja ją po prostu rozumiem, przez co jej najchętniej kibicuje. 

Aeduan też pozostał moim ulubieńcem. Lubię go za to, że z jednej strony ma twardą i zimną osobowość, ale w pewnych sytuacjach okazuje ludzkie uczucia i odruchy. 

W pierwszej części nie przepadałam zbytnio za Merikiem naszym tytułowym Wiatrodziejem, ale w drugim tomie zapałałam do niego sympatią. Jest to zasługa tego, że dopiero teraz zupełnie poznajemy jego charakter i przeszłość. 

Z nowych bohaterów polubiłam Vivie, czyli bardzo charakterną osóbkę oraz trójkę piekielnych bardów, którzy według mnie jeszcze sporo namieszają w kolejnych częściach. 

2/2 

Styl pisania: "Wiatrodziej" jest o wiele lepszy od "Prawdodziejki" pod względem stylistycznym. Język, jakim jest napisana ta część, nie jest tak ciężki, jaki był przy pierwszej części, przez co przyjemniej mi się czytało. 

2/2 

Oprawa wizualna: Ta okładka podoba mi się bardziej niż okładka "Prawdodziejki". Bardziej podoba mi się też wybór kolorów, ponieważ "Wiatrodziej" jest utrzymany w takiej jesiennej tonacji, no a ja jesień kocham. 

2/2 



Podsumowanie: Nie mogę powiedzieć, że "Wiatrodziej" jest lepszy od "Prawdodziejki", ponieważ mam chyba taki delikatny syndrom drugiego tomu, co nie zmienia faktu, że uwielbiam tę serię i gorąco ją wam polecam:) 

1,75/2 

niedziela, 6 sierpnia 2017

"Zakon mimów"



Autor: Samantha Shannon 

Liczba stron: 528

Liczba rozdziałów: 27 

Cytat: "Słowa dodają skrzydeł nawet tym zdeptanym, załamanym i pozbawionym całej nadziei."

Ocena: 9,25/10 

Fabuła: Paige Mahoney uciekła z brutalnej kolonii karnej Szeol I, ale jeśli myślała, że to koniec jej problemów, to bardzo się pomyliła. Od teraz jest bowiem najbardziej poszukiwaną osobą w Londynie. Kiedy Sajon zwraca swoje wszystkowidzące oko w stronę Paige, mim-lordowie i mim-królowe gangów miasta zostają zaproszeni na bardzo rzadkie wydarzenie. Jaxon Hall i jego Siedem Pieczęci są gotowi na pojawienie się w samym centrum uwagi. W społeczności jasnowidzów pojawia się jednocześnie coraz więcej gorzkich oskarżeń, a za każdym rogiem czają się mroczne sekrety. Z cieni wypełzają Refaici...

Zacznę od banału. "Zakon mimów" jest bardzo wciągającą pozycją, od której przez większość czasu nie można się oderwać, jednak w paru momentach nużyła mnie. Samantha Shannon według mnie  troszeczkę  za bardzo rozwlekła niektóre fragmenty, które i tak z perspektywy czasu nie miały zbyt wielkiego znaczenia dla samej historii. 
Tym samym mogła w kilku miejscach zdynamizować akcję czy rozwinąć bardziej co poniektóre wątki. 

Uwielbiam powieści wielowątkowe, a "Czas żniw" jest idealnym przykładem takiej powieści. Mamy masę ciekawie rozrysowanych wątków, których większość w pewnym stopniu rozwijają się na końcu i tworzą spójną całość. Z kolej druga część nie daję zasnąć mi wieczorem, ponieważ rozmyślać na ich rozwiązaniem.

Akcji jest całkiem sporo, ale w drugim tomie "Czasu żniw" skupiamy się głównie na polityce Sajonu i wewnętrznych walkach Syndyktu. 
"Zakon mimów" utwierdził mnie w przekonaniu, że seria "Czas żniw" to pewnego rodzaju przenośnia opisująca III Rzeszę oraz próba pokazania, co władza potrafi zrobić z człowieka. 

Jeśli ktoś czytał moją recenzję "Czasu żniw", wie, że jednym z zarzutów wobec tej książki, były kartonowe żarty. Na szczęście w drugim tomie ten problem zniknął. 

"Zakon mimów" jest bardzo enigmatyczną książką. Zostawiła mnie z naprawdę wieloma pytaniami i  z ogromnym zainteresowaniem dalszymi losami bohaterów. I z jednej strony chce jak najszybciej sięgnąć po "Pieśń jutra", a z drugiej nie chcę, bo wiem, że na czwartą część będę musiała czekać dwa lata. To frustrujące!

Zakończenie wpisuję się do tych bardziej szokujących i nieprzewidywalnych. Cała ta książka jest pełna zwrotów akcji.

Mimo wszystkich atutów w ostatecznym rozrachunku w "Zakonie mimów" zabrakło mi tego czegoś, żebym mogła powiedzieć o tej książce, że jest najprawdziwszym arcydziełem. 

1,75/2



Postacie: Są najmocniejszym  po wykreowanym świecie atutem książek Samanthy Shannon. 
Realistyczni, pełni uroku, niepowtarzalni. 

Moje zdanie na temat Paige się nie zmieniło. Jest to naprawdę wyrazista bohaterka, wiedząca czego chce i niebojąca się komuś sprzeciwić. 

O Arcturusie nadal wiele się nie dowiedzieliśmy, ale jest zdecydowanie, jeden z moich ulubionych bohaterów. 

Powinnam go znienawidzić, a go polubiłam. Jaxon jest bardzo specyficzną osobą, na którą nie da się nie zwrócić uwagi. 
Jego udział w zakończeniu powieści był dla mnie niewyobrażalnym zaskoczeniem.

2/2 

Styl pisania: Stylistycznie wszystko jest na wysokim poziomie. 
Język, jakim operuje, bardzo mi odpowiada.

Muszę pochwalić Samanthę za stworzenie na kartach tej powieści Londyńskiego klimatu, przesiąkniętego niepokojem i nutką grozy. Czytało mi się dzięki temu o wiele lepiej. 


1,75/2 


Oprawa wizualna: Ta książka jest tak cudownie wydana:)




2/2

Podsumowanie: "Zakon mimów" to genialna powieść, z świetnie wykreowanymi postaciami oraz z  niesamowitym klimatem.

Koniecznie trzeba ją przeczytać

1,75/2 



Jestem bardzo ciekawa co sądzicie o "Zakonie mimów"?

poniedziałek, 5 czerwca 2017

"Czas żniw"



Autor: Samantha Shannon 

Liczba stron: 497 

Liczba rozdziałów: 29 

Cytat: "- Jak się czujesz? - zapytał.
- Pieprz się.
Jego oczy zapłonęły.
- Widzę, że lepiej."

Ocena:  9,25/10

Fabuła: Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest sennym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.

Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w tajemnicy. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.

Tę książkę można opisać trzema słowami: Kompletny rozpierniczać wszystkiego. 

Nigdy mi się nie zdarzyło  być tak mocno zaintrygowaną jakąś książką od pierwszego zdania. "Czas żniw" ma świetnie wybudowane napięcie. Autorka, dokładnie wie, w którym momencie trzeba powiedzieć to, a w którym zrobić to, żeby czytelnik był cały czas zainteresowany, oddany tej powieści. 
Taka zabawa czyimś uczuciami jest nieludzka:) 

Ze wszystkich przeczytanych przeze mnie książek, lepiej wykreowany świat literacki to Westeros. Samantha zadbała nawet o takie szczegóły jak słownictwo, które używa się w Szeolu. Autorka stworzyła prawie, że od podstaw slang uliczny, który mi się wydaje naprawdę realny. Nie jest zmyślny, że każda nawet najprostsza rzecz musi mieć nową nazwę. 

Podziwiam Samanthe za to, że ogarnęła wszystkie te kategorie jasnowidzenia i ich dalsze podziały. Nie potknęła się  ani razu. 
W ogóle cały pomysł z wykorzystaniem w ten sposób motywu jasnowidzenia jest genialny i niesamowicie oryginalny. Jasnowidztwo w książkach zawsze jest sprowadzane do roli, wątka pobocznego, albo dodatku do całego uniwersum, w którym dzieje się akcja książki. 
I zawsze jest to przewidywanie przyszłości, a do tego też zawsze nasza wróżka mówi tak dziwnymi, pokrętnymi  zagadkami, że bohaterowie powieści łapią, o co w tej przepowiedni chodziło dopiero na końcu książki. 

Poza tym po przeczytaniu już całej książki doszłam do wniosku, że Samantha musiała inspirować się Trzecią Rzeszą, no, bo cały ten Szeol i to, co on robi jest bardzo podobne do tego, co robiły nazistowskie Niemcy. Sam Oxford to łagodniejsza wersja obozu koncentracyjnego. 
Jestem bardzo ciekawa jak wy się na to zapatrujecie? 

"Czas żniw" daję do myślenia na temat tego jak ludzie boją się inności. Na co się zgadzają w imieniu utrzymania przeciętności i absurdalnych norm społecznych.



Jedną z rzeczy, jaką bardzo cenię w książkach jest gra słowna. Uwielbiam wszystkie dwuznaczności, ponieważ czasami bywają zabawne, ale o wiele częściej dają czytelnikowi do myślenia. 
W "Czasie żniw" takich dwuznaczności jest całkiem sporo.  Oryginalny tytuł brzmiał "The bone season", co można tłumaczyć, jako "Kościozbiory', "Sezon kości" , czyli coś nieprzyjemnego. Jednak  z francuskie można to przetłumaczyć, jako "Dobry sezon". Właśnie z tego powodu tłumacz postanowił zamienić  nazwę na "Czas żniw", czyli coś, co przynosi plony, ale z drugiej strony jest kojarzone ze śmiercią.  
Jest to chyba  najbardziej pasujący do treści tytuł ze wszystkich jak dotąd przeczytanych przeze mnie książek. 

Do fabuły "Czasu żniw" mam tylko jeden zarzut. Jest to naprawdę genialna powieść, ale czytało by mi się o wiele lepiej i miałabym po jej przeczytaniu lepsze odczucia, gdyby miała w sobie niepowtarzalny klimat. Pasujący do wydarzeń rozgrywanych na kartach powieści. No niestety takiego klimatu tu nie ma. Nad czym ubolewam, bo wtedy ta seria byłaby nieskazitelna. 

Mimo, że przeczytałam "Czas żniw" już kilka tygodni temu, nie wiem, co mam myśleć o zakończeniu. Byłam pewna, że akcja potoczy się zupełnie inny torem. Jestem przez to mile zaskoczona, jednak nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać po "Zakonie mimów". 
Czeka mnie interesująca lektura. 

1,75/2 



Postacie: Wszystkie postacie są świetnie wykreowane. Są krwiste, wyjątkowe. Każdego z nich można kochać i nienawidzić za tysiące  różnych  rzeczy. 

Paige jest taką bohaterką, która da się lubić, która nie jest przesłodzona, która nie jest damą w opałach, która umie walczyć o swoje, umie się postawić, która się nie poddaje, ale mająca swoje słabostki, sekrety. 

Jej towarzyszy polubiłam jednak pojawiali się zbyt mało, żeby móc coś o nich powiedzieć. No poza tym, że  Jaxon jest powiewem świeżości w gronie męskich literackich postaci. 

Naczelnik, to zupełnie inna historia. 
Pełen tajemnic, sprzeczności i jednocześnie dziwnie uroczy. 

2/2 

Styl pisania: Język, którym napisana jest ta powieść jest ciężki, ale nie do przesady. 

Żarty są kartonowe. Parę razy złapałam żart, który teoretycznie miał być śmieszny, ale nie był, przez sposób w jaki Samantha go napisała. 
Mam nadzieję, że w kolejnych tomach tego problemu już nie będzie. 

1,5/2 

Oprawa wizualna: W taki sposób powinno się wydawać książki. Staranny, dodający klimatu, w którym przeważa mój ulubiony  kolor...

2/2 

Podsumowanie: Jedyne co macie zapamiętać z tej recenzji(?) to to, że macie przeczytać "Czas żniw". 

Pisze to zakończenie słuchając  Komm Süsser Tod (Come Sweet Death) - J S Bach z Eterycznej Playlisty. I muszę przyznać, że Samantha Shannon, poza tym, że genialnie piszę, ma genialny gust muzyczny. 

 2/2  









wtorek, 18 kwietnia 2017

"Dwór mgieł i furii"

Znalezione obrazy dla zapytania "Dwór mgieł i furii"


Autor: Sarah J.Maas 

Liczba stron: 768

Liczba rozdziałów: 69

Cytat:"- Czy raczysz do nas dołączyć? - zapytała. - Czy też masz zamiar podziwiać swoje muskuły w lustrze?Kasjan parsknął, wziął ją pod ramię i powiódł w górę ulicy.
- Pójdę... ale się napić, głupia. Żadnych tańców.
- Dzięki niech będą Matce. Gdy ostatnim razem próbowałeś, niemal strzaskałeś mi stopę."

Ocena: 7,5/10 


Fabuła: Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?



Osoby, które śledzą mnie dłuższy czas wiedząc jak bardzo zakochałam się w inspirowanej "Piękną i Bestią" powieścią "Dwór cierni i róż". 
O ile pierwszy tom to była miłość od pierwszego wejrzenia tak między mną, a kontynuacją pojawiły się pewne zgrzyty. 

Zacznę od pozytywów: 

Sarah J.Maas w tej części bardzo rozwinęła świat, w jakim przyszło żyć naszym bohaterom. Nie zdajecie sobie sprawy z rozległości i piękna Prythianu. 
Świat przedstawiony jest bardzo misterny. Autorka zadbała o każdy detal. Przy czytaniu ani raz nie odczułam, żeby ta kraina była papierowa. Prythian jest żywy, ma tętno i duszę. 

Jeśli ktoś narzekał na nudę w Acotarze to niech wie, że Acomaf nie da mu wytchnąć. 
Niesamowite jest, że na tych niecałych 800 stronach mogło się, aż tyle wydarzyć. 
Co ważniejsze historia przedstawiona w "Dworze mgieł i furii" mimo swoich gabarytów jest spójna. Nie ma żadnych niedociągnięć, porzuconych wątków czy postaci. Nie ma nie potrzebnych fragmentów czy nic niewnoszących dialogów, i monologów. 
Akcja pędzi na łeb na szyje, a wszystko to jest okraszone dużą dawką porządnego humoru. 
Tylko usiąść i czytać. 

Osoby o słabych nerwach nie powinny tego czytać, ponieważ liczba plot twistów oraz zakończenie, przez, które dobre pięć minut siedziałam z otwartymi ustami, mogą nie wytrzymać i paść na zawał. Albo też zejść z emocji czekając na "A Court of Wings and Ruin" . 
Czytacie na własną odpowiedzialność. 

Jak przystało na powieść opierającej się na "Pięknej i Bestii" nie może zabraknąć tu par, którym kibicujemy - A jest ich całkiem sporo. 
Sarah J.Maas ma ogromny talent do tworzenia "towarzyszy". 
Chciałabym się tu rozpisać, ale nie chce nikomu spoilerować. 

Największym zgrzytem względem fabuły Acomafu jest pewna schematyczność. Jeśli ktoś czytał serię o Celaenie zauważy fakt, że autorka w bardzo, ale to w bardzo podobny sposób kreuje świat, w którym dzieje się akcja danej książki. Co dla mnie jest dużym minusem, tym bardziej, że tych podobieństw jest sporo. 

1,5/2 


Postacie: W tym tomie przybywa fantastycznych postaci, które kocham, co do jednego. 
Bohaterowie są świetnie wykreowani, ale nie posiadają wad. Rhys, którego uwielbiam jest odzwierciedleniem idealnego księcia, partnera, który niby jest zazdrosny, ale tego nie okazuje, przyjaciela, członka rodziny, który jest tolerancyjny, wyrozumiały. Władcą, który nie pragnął tytuły księcia, ale jest świetnym zarządcom... 

Szczerze powiedziawszy Sarah trzeba przyznać jakiś medal za umiejętność tworzenie takich Gary Su, których kompletna idealizacja w zupełności nie przeszkadza czytelnikowi. 

Feyrą miałam w Acomafie małe trudności. Nie spodobało mi się to jak szybko przemiana w fae zrobiła z niej taką trochę zarozumiałą dziunię. Jej zachowanie, a dokładnie myśli w kilku sytuacjach mnie zirytowały. Jej postępowanie, w co poniektórych sytuacjach też pozostawiły we mnie niesmak. 


Jedynymi postaciami z wadami występujące w tej książce są Lucien i Tamlin. Co ciekawe obu (Zwłaszcza Tamlinowi) dostają duże kopy. 
Teoretycznie nie powinnam ich bronić, ale nie rozumiem całego tego hejtu na nich. Nie każdy jest odporny psychicznie.

2/2 

Styl pisania: Podczas czytania wyłapała trochę tandetnych "zastosowań", które wcześniejszych powieściach Sarah J.Maas się nie pojawiały i mam nadzieję, że więcej się już nie pojawią. 
Poza tym język jest prosty, ale nie  do bólu prosty. Opisy są plastyczne, wręcz magiczne. 

W Acomafie zdecydowanie brakowało mi baśniowego klimatu z poprzedniej części.

1,5/2 

Oprawa wizualna: Dlaczego Uroboros uparło się na brytyjskie okładki? Czemu? 
Jakby nie mogli wydać w amerykańskich. 

1/2

Podsumowanie: "Dwór mgieł i furii" jest niezwykle wciągająca książką, pełną akcji, miłości, przyjaźni, z dobrze wykreowanym światem i niewiarygodnym zakończeniem. 

Wciągnęłam się, czytało mi się wyśmienicie, ale jestem odrobinę zawiedziona, ponieważ spodziewałam się jeszcze większego WOW niż ten, który miałam po lekturze Acotaru. 

Mam nadzieję, że Acowar będzie lepszy. Całą serię polecam, ale co do drugiego tomu radzę nie mieć wygórowanych oczekiwań. 

1,5/2 



wtorek, 14 marca 2017

"Dziewczyna z dzielnicy cudów"

   

Autor: Aneta Jadowska 

Liczba stron: 314

Liczba rozdziałów: 20

Cytat: "Słabe istoty pozorują się na silniejsze. Tylko te silne mogą sobie pozwolić na udawanie słabości." 

Ocena: 8/10 


Fabuła:Są przyjazne i urocze miasta alternatywne. I jest Wars – szalony i brutalny – oraz Sawa – uzbrojona w kły i pazury. Pokochasz je i znienawidzisz, całkiem jak ich mieszkańcy.
Jak ona. Nikita. To tylko jedno z jej imion, jedna z jej tajemnic. Jako córka zabójczyni i szaleńca chce od życia jednego – nie pójść ścieżką żadnego z rodziców. Choć na to może być już za późno.

Z Dzielnicy Cudów – części miasta, która w wyniku magicznych perturbacji utknęła w latach 30. ubiegłego wieku – zostaje uprowadzona jedna z piosenkarek renomowanego klubu Pozytywka. Sprawą zajmuje się Nikita. Trop szybko zaprowadzi ją tam, gdzie nigdy nie chciałaby się znaleźć. Na szczęście jej pleców pilnuje Robin. Czy na pewno? Kim on właściwie jest?

"Dziewczyna z dzielnicy cudów" była moim pierwszym spotkaniem z twórczością pani Jadowskiej, który uważam za udany. 

Historia jest zupełnie nieszablonowa. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z  użyciem w książce miast alternatywnych. 
Tu muszę zaznaczyć, że autorka kapitalnie poradziła sobie z wykreowaniem świata. 

Wars i Sawa -  pełnokrwisty, pełen niezwykłych stworzeń, idealny przykład tego jak należy tworzyć świat . 
Bardzo spodobało mi się trochę niekonwencjonalne podejście do magii. Każdy większy czy mniejszy koneser fantasy wie, że magia w literaturze opiera się prawie zawsze na pewnych zasadach. W serii o Nikicie tego nie ma. Czary rządzą się tu zupełnie innymi prawami niż w większości książkach jej podobnych. 

Mimo genialności miast alternatywnych w pewnym momencie poczułam się przytłoczona ciągłymi informacji  o rzeczywistości bohaterki oraz parokrotnym wrzuceniu mnie na głęboką wodę. 
Mogę wybaczyć to autorce, ponieważ uważam, że było to celowe działanie. Pani Jadowska szykowała sobie tło na drugi tom. 

Kolejne "Ale" to flegmatyczne tempo akcji. Wszystko działo tu się trochę za wolno, jednak powieść jest niesamowicie wciągająca, dzięki czemu po części udaje jej się nadrobić opieszałość. 

"Dziewczyna z dzielnicy cudów" jest enigmatyczną powieścią. Autorka nie wyjaśniła kilka wątków, zostawiając mnie z wieloma pytaniami. 

Bardzo spodobał mi się humor pani Jadowskiej, chociaż nie powiem, że w książce mogło pojawić się więcej dowcipów czy zabawnych scen. 

Autorka stworzyła dość awangardowy klimat. Połączenie atmosfery Warszawy  oraz współczesnej mentalnością z   typowym fantastycznym nastrojem.
Wyszło to bardzo ciekawie. Jestem w pełni z tego zadowolona i z ogromną chęcią znów wtopię się w ten klimat. 

                                                                                             1,5/2 





Postacie: Niesztampowe,  genialnie wykreowani to są dwie główne cechy,  które mogę powiedzieć o bohaterach stworzonych przez Jadowską. 

Nikita silna, niezależna, kobieta skrywająca pod skórę bestię. Doskonale zdaje sobie sprawę, że w życiu może liczyć tylko na siebie (Na pewno nie na swoją nawiedzona rodzinkę). Samotność jej nie przeszkadza. Świetnie radzi sobie sama, jako jedna z lepszych członków Zakonu Cieni, jednak pewnego dnia zostaje do niej przydzielony partner. 

Robin to trochę taka naiwna ciapa, ale nie da się go nie lubić. Gość jest uparty, ale można na nim polegać. Typ mężczyzny, którego większość kobiet chciałaby mieć za przyjaciela, czy też za "towarzysza". 

Poboczne postacie nie zostały potraktowane po macoszemu. Mają określone cechy charakteru i wyznaczone zadanie w fabule. 

                                                                                                 2/2 

Styl pisania: Pani Aneta Jadowska piszę w przytłaczający sposób. Język jest trochę ociężały i nieprzyjemny. 

                                                                                                 1/2




Oprawa wizualna: Ilustracje to cudo. Klimatyczne, idealnie wpasowujące się w wydarzenie dziejące się w książce. 
Z okładką jest podobnie. Osobie, która to tworzyła należą się wielkie brawa. 

                                                                                                2/2 




Jak mi się podobało?: Uwielbiam tą książkę, ten świat, bohaterów, dzielnice cudów, Warsę i Sawę. 
Nie mogę się doczekać możliwości przeczytania "Akuszera bogów", który z tego, co mi wiadomo dzieje  się w Skandynawii i pojawia się w nim dużo nordyckiej mitologii.
Książka idealnie stworzona dla mnie:) 

                                                                                                1,5/2